Piękne
słowo, dzisiaj zresztą bardzo modne. Nie mam i nie miałam nigdy nic przeciwko
szkołom i klasom integracyjnym, gdzie jest nauczyciel wspomagający, który
zapewnia dzieciom z różnego rodzaju problemami odpowiednią opiekę. Jednak nie
byłam i nie będę za umieszczaniem dzieci z orzeczoną niepełnosprawnością w
szkołach masowych. Mam ku temu poważne powody i chcę Wam o nich napisać. Ponieważ
od kiedy piszę ten blog, mam okazję podzielić się z Wami, tym co mnie boli, co
czasami od dawno duszę w sobie, bo nie było okazji, żeby komukolwiek o tym powiedzieć, podobnie będzie z tym właśnie incydentem, który
zdarzył mi się kilka lat temu w pewnej szkole i klasie, w której przez jakiś
czas uczyłam języka polskiego. Klasa liczyła ponad dwadzieścia osób. Byli to
bardzo zdolni i ambitni uczniowie, przyzwyczajeni do wysokich ocen i pochwał ze
strony nauczycieli. Ja pełniłam tam zastępstwo, wiedzieli, że jestem tymczasowo i niedługo sobie pójdę. Na języku polskim nie przykładali się tak
bardzo do nauki, a może to ja byłam zbyt wymagająca? Nie wiem, trudno mi to
dzisiaj ocenić. Wśród tych uczniów miałam dwójkę z dziecięcym porażeniem
mózgowym, chłopca i dziewczynkę. Chłopiec był bardzo wesołym uczniem, trochę
dowcipnisiem i nie przejmował się niczym za bardzo, a przynajmniej takie
sprawiał wrażenie. Dziewczynka natomiast, nie dość, że wyglądała, jak aniołek
to w dodatku nim była. Siedziała zawsze w pierwszej ławce, sama,
grzeczniutka i spokojna. Kiedy czegoś nie wiedziała, pytała mnie nieśmiało
podnosząc do góry rękę. Pewnego dnia zapowiedziałam klasie dyktando. Było
trudne, nie przygotowali się również zbyt dobrze, więc oceny były bardzo
niskie. Tym, co mnie bardzo zadziwiło, było to, że ta dziewczynka z orzeczeniem
w dyktandzie zrobiła jedynie kilka błędów. Postawiłam jej za to czwórkę.
Widziałam, jak bardzo się starała, jak jej zależało i że ta ocena, to w pewnym
sensie jej wielki sukces. Nie miałam wtedy pojęcia, jaką awanturę wywoła ta
skromnie postawiona czwórka. Ktoś z klasy pokazując palcem na dziewczynkę,
najpierw zapytał mnie „za co ona dostała tą czwórkę”. Odpowiedziałam, że za to,
że dobrze napisała. Wtedy zasypali mnie kolejnymi pytaniami, dlaczego oni
napisali tak samo i dostali niższą ocenę, a czemu to niby ona ma być wyżej
oceniana. W klasie zrobił się taki hałas i wrzask, nad którym nie potrafiłam
zapanować. W pewnym momencie na chwilę oderwałam wzrok od tej rozwścieczonej klasy i spojrzałam
na nią. Była cała zapłakana i roztrzęsiona, szlochała mocno, a łzy leciały jej
z oczu jak grochy. Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę, że skrzywdziłam tę
dziewczynkę tą dobrą oceną, mimo że na nią bez wątpienia zasłużyła. Sprawa
pewnie byłaby o wiele prostsza, gdyby klasa wiedziała, że dziewczynka ma
orzeczenie i jest oceniana inaczej, bo jej nauka sprawia więcej problemu, ona
musi starać się bardziej niż inne dzieci i ja muszę ten jej trud i pracę
wynagrodzić. Niestety nauczycielowi nie wolno wyjawić, że dziecko ma opinię lub
orzeczenie. Jak więc wytłumaczyć klasie, że takie dziecko oceniane jest inaczej
niż zdrowy uczeń??? To jeszcze nie koniec tej całej historii. W ten sam dzień
zostałam wezwana na „dywanik” do pani dyrektor. Tutaj spotkała mnie niemiła
niespodzianka, dyrektorka zamiast jakoś załagodzić cały ten spór, stanęła po
stronie klasy mówiąc, że stanowczo za wysoko oceniłam tę uczennicę. Dodała
tylko, że „ocena dla takiego dziecka z orzeczeniem to dwója, góra trzy”. Tak mi
skutecznie to wytłumaczyła, że uwierzyłam, choć czułam, że to przecież musi być
bardzo niesprawiedliwe. Oświecenie przyszło kilka tygodni później na radzie
pedagogicznej gimnazjum. Pani dyrektor w czasie rozmowy z nauczycielami,
przypomniała, że mamy wśród uczniów również dzieci z orzeczeniami i opiniami i
skala ocen dla tych dzieci wynosi od 1 do 6. Najbardziej jednak zapamiętałam
następne jej zdanie; „nie bójcie się postawić tym uczniom piątki czy szóstki,
jeśli stwierdzicie, że się postarały, że dużo pracowały i na nie zasłużyły”.
Wtedy dopiero zdałam sobie sprawę z tego, w jaki okrutny sposób została
skrzywdzona ta dziewczynka, a przy tym również ja, pomimo że niczego złego tak
naprawdę nie zrobiłam. Niedawno, kiedy opowiedziałam to całe zdarzenie jednej z
pań, która wykłada na studiach podyplomowych z oligofrenopedagogiki, była
bardzo zszokowana postawą dyrektorki z podstawówki. Powiedziała, że powinnam
była pójść na skargę do kuratorium. Nie poszłam, może trzeba było, nie wiem.
Teraz to już nie ważne. Pani dyrektor od „sprawiedliwego oceniania” uczniów
jest już na emeryturze i całe szczęście, bo ktoś taki nie powinien pracować
jako nauczyciel. Ona wierzyła jedynie w dzieci zdrowe, zdolne i traktowała je
jako te lepsze. Nie mam dziś do jej osoby żadnego, nawet najmniejszego
szacunku, tak jak ona nie potrafiła uszanować wysiłku i ciężkiej pracy tego
dziecka i tak wystarczająco skrzywdzonego przez los. Pamiętam i chyba długo mi
jeszcze zostanie w głowie płacz tej dziewczynki oraz okrutne zachowanie klasy,
pokazującej na nią ze złością palcami. Ale też jestem pełna podziwu dla pani
dyrektor gimnazjum. Wykazała się bardzo mądrą postawą, widząc przede wszystkim
człowieka, a nie poziom jego wiedzy i inteligencji. Mam szacunek do tej kobiety,
była zresztą i jest nadal wspaniałym dyrektorem. Żałuję tylko, że wtedy nie
zwróciłam się do niej z tym problemem, ale czasu, niestety cofnąć się nie da.
Wiem, że pewnie są takie szkoły i klasy, w których pracują mądrzy i
odpowiedzialni nauczyciele. Nie mam jednak całkowitego zaufania do szkół
masowych, głównie z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że nie mam pewności, jaki
stosunek do dzieci chorych mają pracujący z nimi nauczyciele, a drugim jest
obawa o kontakt tych dzieci ze swoimi zdrowymi rówieśnikami. Nie mam już siły o
tym myśleć, zastanawiać się, bać o dobrą opiekę dla moich dzieci. W przypadku Karolka, nie ma nawet
mowy o innej szkole, niż specjalna. Sylwuś natomiast, miałby szansę chodzić do
szkoły masowej lub integracyjnej. Uczęszczał dwa lata do zerówki, ale widząc,
że wycofuje się z kontaktów z kolegami i koleżankami z klasy, coraz bardziej
się jąka i nie chce chodzić do szkoły, na cztery miesiące przed końcem roku
szkolnego zabraliśmy go z stamtąd i zapisaliśmy do przedszkola specjalnego,
gdzie uczęszcza Karolek. Do dzisiaj zresztą nie żałuję tej decyzji. Obaj nasi
chłopcy mają wspaniałą opiekę. Jestem w stu procentach przekonana, że szkoła
masowa takiej fachowej opieki by im nie zapewniła. To chyba wszystko, co
chciałam napisać w tym poście. Wyrzuciłam z siebie coś, co dręczyło mnie przez
kilka lat. Może to dlatego, że mam chore dzieci, nie potrafię zapomnieć o tej
dziewczynce i tym, jak została przez resztę klasy skrzywdzona. Nie chciałabym,
żeby kiedyś taki los spotkał moje dzieci. I nie spotka, na szczęście, bo mają
wyjątkowych nauczycieli, którym będę dozgonnie wdzięczna za opiekę i troskę,
jaką codziennie obdarzają moje dwa najdroższe na świecie Skarby…
Dziękuję za miłe słowa :) Staram się być dobrą mamą, pedagogiem również, ale niestety czasami spotykam się z takim problemem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Tak jak w przypadku tej chorej dziewczynki :( Jednak najwięcej z tej niezapomnianej lekcji nauczyłam się wtedy ja. Już nigdy nie pozwolę, żeby taka przykrość spotkała inne dziecko :)
Jesteśmy Ci wdzieczni Aga, że to właśnie z Nami chcesz się podzielić swoimi smutkami, radościami, bolączkami, doświadczeniami ...
OdpowiedzUsuńMZ
To ja jestem Wam wdzięczna za to, że czytacie ;) Pozdrawiam serdecznie :)))
OdpowiedzUsuńTak trzymaj! Jesteś świetną mamą i pedagogiem :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za miłe słowa :) Staram się być dobrą mamą, pedagogiem również, ale niestety czasami spotykam się z takim problemem, z którym nie potrafię sobie poradzić. Tak jak w przypadku tej chorej dziewczynki :( Jednak najwięcej z tej niezapomnianej lekcji nauczyłam się wtedy ja. Już nigdy nie pozwolę, żeby taka przykrość spotkała inne dziecko :)
OdpowiedzUsuń